Recenzja płytowa, czyli szpital, rurki, szarfy i chiński teatr, a więc Bach

Jan Sebastian Bach „Kantaty 82, 199”
Lorraine Hunt Lieberson: mezzosopran
The Orchestra of Emmanuel Music
Dyr.: Craig Smith
Wydanie: Nonesuch 7559-79692-2
Nagranie: Emmanuel Church, Boston, 13-16 maja 2002
Czas nagrania: 50’42”
Okładka: Brązy, pani Lorraine Hunt Lieberson (zdjęcie czarno-białe w rogu), białe napisy, klamry.

„W BWV 82 Lieberson pojawiła się na scenie w stroju szpitalnym, z lekarskimi rurkami wystającymi z jej wyczerpanego ciała, by zaśpiewać słowa Symeona, zapisane w drugim rozdziale Ewangelii wg Św. Łukasza, jako monolog o gotowości do śmierci. Wystawiając BWV 199, Sellars nawiązał do tradycyjnego teatru chińskiego, wykorzystując kostium Lieberson – lejącą się niebieską suknię z długą czerwoną szarfą – jako ważne narzędzie narracji. Wykorzystywała ona [pani Hunt Lieberson] krwawo zabarwioną tkaninę do przedstawienia szczegółów gestów rąk, podkreślenia mimiki, owijania i ukrywania twarzy, aby ukazać to co Sellars opisuje jako nienawiść do samego siebie, pozwalającą zlać się w «miłość, odpuszczenie i wolność».”

Przyznaję, że takiej inscenizacji kantat Bacha, nie wyśniłem w najgorszych sennych koszmarach. Dotyczy to zwłaszcza Kantaty 82, będącej kontemplacyjnym pragnieniem odejścia z tego świata i połączenia się z Bogiem. Strój szpitalny? Rurki? Jakiś szyderca we mnie, podpowiada, że jeśli już chcemy wprowadzać tu nachalny teatr, to może lepszy byłby strój zamachowca-samobójcy, który z głęboką wiarą, pragnie jak najprędzej opuścić ten świat i czerpać radość na tamtym. Przynajmniej przesłanie byłoby bardziej na czasie.

Na teatralną realizację Kantaty 199 mniej się buntuję bo opowiada ona jedną z największych opowieści w naszym kręgu cywilizacyjnym – historii winy, pokuty i wybaczenia. Oczywiście bez przebierania bohaterów, czy to w starotestamentowy strój Dawida (pokutującego po morderstwie Uriasza), czy nowotestamentowy, grzesznicy oblewającej wonnymi olejkami, stopy Jezusa. Bach nigdy nie tworzył oper, czy wielkich oratoriów w stylu Händlowskim. I dobrze, bo tak oto cały dramat, staje się z konieczności głębszy i bardziej skoncentrowany.

Zacząłem od opisu wystawienia obu kantat, pod kierunkiem Petera Sellarsa, bo choć budzi ono moją niechęć, to wynika z niego najważniejsza idea tej interpretacji – rozumienia kantat Bacha jako dzieł par excellence dramatycznych. Przekonana do tego pani Lieberson, tworzy w obu kantatach wielką, tragiczną rolę.

W kontemplacyjnym „Ich habe genug” (BWV 82) łatwo popaść w skrajność interpretacyjną i po prostu wyciszyć wszystkie ziemskie uczucia. Tymczasem od pierwszej arii, mamy tu na scenie tragiczkę, a więc i wyciszenia pojawiają się na przemian z napięciami dramatu. Najlepszym przykładem jest może piękna aria „Schlummert ein, ihr matten Augen” („Zaśnijcie, zmęczone oczy”), mająca ukołysać zmęczoną duszę. Początkowy fragment (Zaśnijcie, zmęczone oczy, / Zamknijcie się spokojnie i szczęśliwie!) rzeczywiście przypomina jakąś kołysankę; ale oba fragmenty mówiące o świecie (Świecie, dłużej tu już nie zostanę, / Nie znajduję już w tobie cząstki, / Którą dusza uznawałaby za warta; oraz: Tu muszę znosić biedę, / Ale tam, tam znajdę / Słodkie ukojenie, cichy spokój.) są już dramatycznymi popisami mezzosopranistki. W końcówce („Ich freue mich auf meinen Tod”) Kantata ta odnajduje jednak radość, tak jak tego Bach pragnął.

O ile Kantata 82 podobno posiada także oryginalną wersję na alt (oprócz wersji na bas i sopran), to późno odnaleziona Kantata 199, została zapisana na sopran, a nie mezzosopran, czy alt. Za to jej program dramatyczny jest o wiele bardziej przekonujący niż w Kantacie 82. Całość rozpoczyna bardzo dramatyczny, wielki recytatyw „Meine Herze schwimmt im Blut”, idealnie pasujący do stylu Lorraine Hunt Lieberson, bo napięcia dramatyczne narastają co chwilę, by co chwilę pojawiało się też ukojenie i spokój. Następująca po nim aria z recytatywem „Stumme Seufzer, stille Klagen”, kończy się wręcz okrzykiem (zamiast śpiewu): „Ach Boże! Któż Cię zadowoli?” Potem może najważniejsza aria tej kantaty: „Tief gebückt und voller Reue” (Głęboko zgarbiony i pełen skruchy / Padam, kochany Boże, przed Tobą. / Wyznaje swą winę, / Ale miej dość cierpliwości, / Miej cierpliwość nade mną!), która oprócz skruchy i wewnętrznej pewności w Bożą cierpliwość, zawiera także dramatyczne zawołanie (Ale miej cierpliwość…). Potem w kantacie narasta spokój i pewność wiary, w znacznej mierze dzięki chorałowi „Ich, dein betrübtes Kind“ (Ja, Twoje smutne dziecię), by przerodzić się w radość odpuszczenia grzechów w końcowej arii „Wie freudig ist mein Herz“ (Jakże radosne jest moje serce).

Lorraine Hunt Lieberson wyśpiewuje obie te historie z dobrym wyczuciem napięć dramatycznych i tragizmu. Nie będąc moim ideałem śpiewaczym, zachwyca i budzi podziw. Nie kojarzę równie dramatycznych realizacji kantat Bacha, choć Barbara Bonney jest znakomita w BWV 199 (u Harnoncourta), a piękne wykonania obu tych kantat zawdzięczamy również Nancy Argencie (z Moniką Hugett).

Orkiestra, grająca wyraźnie na instrumentach współczesnych, wspiera jedynie solistkę, która musi niemal samodzielnie ukazać artystyczną wartość tych dzieł. Orkiestra gra dobrze (zarówno obój, jak i smyczki), ale nie odkrywa uroków instrumentacji, jak choćby drżenie smyczków w „Tief gebückt…” u Harnoncourta.

Wady i zalety tego nagrania skupiają się na dramatycznej interpretacji, która jest wielka, ale która nie pozostawia miejsca na modlitwę i kontemplacje. Czy tak można wykonywać Bacha? Jeśli na to pozwolimy, możemy przeżyć bardzo głęboko 50 minut, wraz z panią Lieberson i bostońską orkiestrą.

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 License