Piotr Derdej "Koronowo 1410"

Tytuł może być nieco mylący. Książka Piotra Derdeja ukazała się w serii „Historyczne Bitwy” Bellony (dawniej Wydawnictwo MON), stąd autor został niejako zobligowany by tytuł był nazwą bitwy, rzeczywiście opisanej, ale to trochę tak jakby „Krzyżaków” Sienkiewicza (skądinąd cytowanego, choć nie z tej powieści) nazwać „Grunwald 1410”. Oczywiście z poprawką na to, że Derdej nie tworzy beletrystyki.

Lepiej treść oddawałby tytuł „Po Grunwaldzie”, bo właśnie te miesiące – od lipca (Grunwald), do października (Koronowo) 1410 roku autor analizuje. Miesiące trochę zapomniane… Owszem, pisze Jasienica, wspomina Kuczyński, ale jakoś w świadomości Polaków zdaje się, że jest tu czarna dziura. Coś się może pamięta o oblężeniu Malborka, ale zaraz potem jest pokój toruński. I nic więcej…

Tymczasem były to miesiące ważne, nawet, a może właśnie dlatego, że dość ‘jałowe’. Najpierw triumfujący król Jagiełło i przechodzące na jego stronę Prusy, potem nieudane, prowadzone (zdaniem Piotra Derdeja) bez należytego zapału oblężenie. Wreszcie odwrót z Prus (wrzesień) i rozpuszczenie armii na leża zimowe. A potem krzyżacka kontrofensywa. Imponująca skutecznością kontrofensywa – w dwa tygodnie Krzyżacy przywrócili własną władzę nad większą częścią swego terytorium – broniły się już tylko niektóre zamki z polskimi załogami, a armia krzyżacka była gotowa zaatakować słabo bronioną (bo wojska rozpuszczone do domów) Polskę. Na drodze do Polski leżało Koronowo.

Opisu bitwy dostarcza nam tylko jedno źródło – Długosza, oraz domysły historyków. Ich zdaniem wyglądało to tak: rycerstwo krzyżackie (głównie goście Zakonu) postanowiło zaatakować polskie szczupłe (jak donosiły błędne dane wywiadu) siły w Koronowie. Rycerstwo spieszono (domysł historyków: ponieważ po drodze był most, którego broniła polska piechota), gdy okazało się, że Polacy w Koronowie to nie tylko piechota, a nawet więcej – w miejscowym klasztorze udało się na czas rycerzom założyć zbroje i dosiąść koni – Krzyżacy szybko uciekli do swoich koni, a potem uciekali dalej. Polacy rozpoczęli pościg, ostrzeliwując z łuków przeciwnika. Po około mili (10-11 km) Krzyżacy stwierdzili, że pogoni nie umkną i przystąpili do bitwy organizując swoje szyki na wzgórzu. Polacy wdostali się na wzgórze inną drogą. Doszło do właściwego starcia, bardzo zaciętego i stawianego wyżej przez uczestników (pod względem wymogów i wysiłku, a zatem i satysfakcji ze zwycięstwa) niż pod Grunwaldem. Po dwóch ‘rozejmach’, gdy rycersko komplementowano (?) przeciwników, Polacy zdobyli chorągiew krzyżacką, co doprowadziło do upadku ich ducha i w konsekwencji przegranej (choć Krzyżacy mieli przewagę liczebną, jednak liczebności obu armii z książki dokładnie nie poznamy – autor cytuje szacunki, ale nie przykłada do nich wagi). I tak bitwa się skończyła. Po 10 października 1410 roku znowu Polacy zwyciężali. Przynajmniej militarnie…

Tu może warto jeszcze dodać, że Jagiełło znowu (jak i po Grunwaldzie) szybko zwolnił jeńców, oraz zaopiekował się rannymi – podobno każdym z osobna. I jak tu nie lubić, tak po ludzku, Jagiełły? Choć zwolnienie było aktem politycznym, to przecież wydaje się on taką ludzką, sympatyczną osobowością – słucha ptaków w lesie, żeni się z miłości, potrafi zainteresować się każdym rannym z osobna, rycersko zwalnia jeńców…

Wracając do bitwy – jak wspomniałem, źródło jest jedno (choć autor czasem cytuje je wprost, czasem przez Kuczyńskiego, czasem przez Sienkiewicza), więc i pytań niemało. Na przykład, skąd te rozejmy – czy rzeczywiście to przykład rycerskości? Jeśli tak, to Koronowo było bitwą wyjątkowo ‘rycerską’ jak na średniowieczne warunki. Albo łucznicy – czyżby, jak sugeruje Kuczyński, byli to Tatarzy? Niestety, nic więcej nie wiadomo.

***

Jak już jednak wspomniałem, Koronowo to temat trochę marginalny w tej książce. Większą część obejmuje opis oblężenia Malborka, a raczej krytyka królewskiej nieudolności. Bo Koronowo pomagało, dawało szanse, ale nie było w stanie zrównoważyć tamtego błędu, który – gdyby wierzyć autorowi, kosztował nas już w piętnastym wieku granice na Odrze i Nysie (a może i Łabie), oraz narodziny Rosji…

Czy autor ma racje? Gdybologia to piękna rzecz, ale jakoś wątpię. Polska pokonywała później Krzyżaków, odzyskała wielką część ich ziem – i jakoś to Polsce szczególnie nie pomogło. Zawsze można powiedzieć, że straciła swój historyczny czas… Może. Ale też autor bierze za właściwą zawsze najbardziej optymistyczną możliwość…

Swoją drogą, biorąc pod uwagę, jedną z przyczyn przedwczesnego zaniechania oblężenia Malborka – czyż nasza historia nie nabiera romantycznych rumieńców, gdy tylko przytacza anegdoty Długosza? Cytuję:

„Ze wszystkich zaś panów nikt goręcej i gorliwiej nie doradzał przerwania oblężenia niż kasztelan wojnicki Andrzej z Tęczyna. Przeciągnął też większość rycerzy i szlachty na swoją stronę zaślepiony miłością do córki podskarbiego Królestwa Polskiego Dymitra, Anny z Kraśnika, w której był niezwykle zakochany.”

Rosja powstała, nas nad Odrę i Nysę wypchnął dopiero Stalin, ale przynajmniej Andrzej z Tęczyna kochał Annę z Kraśnika. Czy to nie dość? Gdyby na jednej szali postawić wielką politykę, a na drugiej Polki, to nie wiem, co by wybrano… Zwłaszcza nie wiem, co wybrałby Jagiełło…

***

I jeszcze parę słów o samej książce. Otóż trudno mi ją polecać za cokolwiek innego niż temat, trochę nazbyt zapomniany. Autor wciąż cytuje trzech innych autorów – Kuczyńskiego („Wielka wojna z Zakonem Krzyżackim, 1409-1411”), Jasienicę („Polska Jagiellonów”) i Długosza. Czasem jeszcze Nadolskiego („Grunwald 1410” z tejże samej serii). Poza Nadolskim są to dzieła stare, o ile jeszcze Długosz to podstawowe źródło informacji bliskie epoce, o tyle – nic nie ujmując Jasienicy i (może nawet bardziej) Kuczyńskiemu – jako autorzy się oni trochę zestarzeli… Mamy więc wciąż jednostronną wizję Krzyżaków jako „zakonu rozbójniczego” (choć może to też nawiązanie do „państw zbójeckich”?), postrzeganego jako jednoznaczne niebezpieczeństwo, które w sposób dla wszystkich jasny i oczywisty powinno być zniszczone. To w warstwie ideowej, trudniej mi krytykować warstwę historyczną, ale ‘obijały mi się o uszy’ nowsze badania, w tym dyskusje o oblężeniu Malborka. Zaś sami Jasienica i Kuczyński (a nawet Nadolski) to autorzy popularni – dość, że sam wyżej wymienione dzieła czytałem, więc autor niewiele wniósł nowego. A wśród tego co wniósł znajdują się, niestety, liczne powtórki, przypominane fakty, powtarzane (choć w różnej formie – jako przeróbki Długosza) opisy. Gdyby tak usunąć tę nadmiarowość, książeczka schudłaby gdzieś o 1/4.


Piotr Derdej „Koronowo 1410”, Bellona 2008

(Za wpisem blogowym.)

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 License