Jan T. Gross "Strach"

"Strachu" nie chciałem czytać… Mam dość martyrologii — licealny polonista, który jedyną wartość moralną dostrzegał w przypominaniu o zbrodniach totalitaryzmów, zniechęcił mnie do tego zupełnie… Ale po "Strach" sięgnąłem.

Wszystko ze względu na reakcje jakie w odpowiedzi na "Strach" się w Polsce pojawiły. Ta złość, wściekłość, połączona z właściwa bezprzedmiotowością, gdyż krytycy wyraźnie nie trafiali w sens i ducha krytykowanej książki (o ile mogłem sobie wyrobić zdanie z rozlicznych krytyk), a także przypomnienie wcześniejszych sporów Polaków z historią sprawiły, że postanowiłem przekonać się osobiście, co o "Strachu" sądzić.

Bo gdyby rzeczywiście chodziło o zamkniętą historię, której obecność wszyscy przyjmują do wiadomości, dyskutując o szczegółach, rozróżnieniach, zgłębiając motywację i argumenty; uznałbym to za temat dla historyków i historii amatorów. Ja sam historię lubię, ale niekoniecznie ten aspekt i ten okres…

Jednak zobaczyłem, że problem jest poważniejszy. Że my, Polacy, wciąż próbujemy przerzucić odpowiedzialność za winy na obcych. I nie chodzi o to, że jako jednostki nie czujemy łączności z motłochem dokonującym pogromu w Kielcach. To bym rozumiał, więcej — sam się nie czuję osobiście za to odpowiedzialny (z oczywistych przyczyn). Chodzi o taką próbę wykazania, że może i coś złego się stało, winni byli, ale oni nie byli Polakami, a przynajmniej nie prawdziwymi (bo już, gdyby kogoś nazwać 'komunistą', to można się wypierać, że to nie Polak — tak jakby Polacy nie bywali komunistami, choćby taki Dzierżyński… ale nie wchodzę tu już w takie meandry narodowego myślenia…). Tym razem jednak chodzi o Polaków, których prawdziwości nie da się podważyć. I z akceptacją tego faktu wyraźnie mamy problem.

***

Mówiąc o "Strachu" należy podjąć dwa tematy. Pierwszy, to już wspomniane reakcje w polskich mediach i przypisywany Grossowi antypolonizm. Nie mogę potwierdzić tego zdania — owszem, to nie jest książka przyjemna dla Polaków, jest krytyczna, odbrązawia historię narodu męczenników. A przy tym nie pozwala zrzucić odpowiedzialności na "obcych" (nie przypisując jednak antysemityzmu wszystkim Polakom). Ale, nie licząc głównej tezy, o której niżej, nie można zarzucić Grossowi zbyt ostrych wyrażeń. Najostrzejsza krytyka Polaków jaka w niej pada, pojawia się w cytatach opinii innych Polaków, zaniepokojonych i zrozpaczonych popularnymi nastrojami. Liczne przykłady Polaków, którzy pomagali Żydom paradoksalnie stanowią najsilniejsze oskarżenie dla obojętnej lub wrogiej reszty Rodaków.

Drugi temat, to sama teza książki, a właściwie wymieszanie dwóch porządków: historycznego, w którym powojennych antysemityzm znajduje wiele tłumaczeń i 'usprawiedliwień', które autor (choć nie wszystkie, jak wyrzucają niektórzy krytycy) przytacza. Drugim porządkiem jest porządek moralny, gdzie niejako kontynuacja (choć na dużo mniejszą skalę) antysemityzmu nazizmów (włącznie z szerokim przyzwoleniem na normy) wydaje się nieprawdopodobną amoralnością ("jak możliwy jest antysemityzm po Auschwitz?") — a tej amoralności dopuścili się nasi Rodacy. Te dwa porządki są z sobą sprzeczne. Ale skłaniają do myślenia. Muszę tu jednak dodać, że konflikt ten pojawił się już wcześniej u Hannah Arendt, w której ślady Gross idzie.

***

Wielkim brakiem książki jest, moim zdaniem, brak celnego wskazania źródeł antysemityzmu. Gross podkreśla, że choć antysemityzm w Polsce istniał przed wojną, to jednak nie był on zbrodniczy. Więcej — niektórzy polscy antysemici porzucili antysemityzm widząc Zagładę. Równocześnie jednak pojawiła się jego nowa forma — akceptująca mordowanie Żydów, tak jak naziści odróżniająca Żydów i ludzi. Gross główny nacisk kładzie na demoralizujący charakter wojny oraz… reformy rolnej. Nie wyjaśnia to jednak wszystkiego. Można się domyślać interesującego mechanizmu psychologicznego, który był dość unikalny w historii — bo w końcu jaki inny naród był świadkiem mordowania przez osoby trzecie, współmieszkańców własnego państwa — choć współmieszkańców to obcych i przez wielu nienawidzonych? Kombinacja wyjątkowa — inne narody mogą być szczęśliwe, że nie poddano ich takiej próbie.

***

Od strony stylu i sposobu opisu — Gross bardzo chce objąć wszystkie widziane zjawiska i zachowania wspólnym określeniem. Jest nim antysemityzm. W 90% przypadków ma rację. Pozostaje jednak 10%, gdzie wydaje się to określeniem nietrafnym i na wyrost. Nie zmienia to jednak wymowy dzieła, które zostało dobrze napisane i zasadniczo dobrze uargumentowane. Druga uwaga 'stylistyczna', to niepotrzebne używanie drażniącego i pogardliwego określenia 'katodendek'. Warto jednak zauważyć, że autor dobrze je uzasadnia i stosuje z pewnym umiarem.

***

I jeszcze jedna dla mnie ciekawostka — katolickie wydawnictwo Znak wydało dzieło zawierające dość otrą krytykę Kościoła w Polsce i episkopatu. Krytykę tak trafną, że trudno z nią polemizować wprost… Ale może stąd ta niechęć do Grossa?

***

Fragment (przypis 66):

“Wedle katoendeków i ortodoksyjnych komunistów, ludzie nie są obdarzonymi wolną wolą, autonomicznie działającymi podmiotami, lecz tylko zaangażowanymi w realizację wyższych, obiektywnych racji (lub boskich planów) wykonawcami poleceń. I albo robią dobrze, słuchając prawdziwych przywódców i wyznawców właściwych ideologii, albo nie. Życie społeczne wedle jednej i drugiej wizji nie ma w sobie żadnej spontaniczności, nic zaskakującego. Obie strony są przekonane o wyłącznej słuszności swoich racji do tego stopnia, że jeśli coś się nie dzieje podług ich planów i myśli, może to być tylko rezultatem czyjejś intrygi albo złej woli, albo prowokacji.”

(Skąd ja to znam? Choć ten fragment tłumaczy też skąd moralizatorskie zapędy Grossa — bo skoro ludzie nie są poddani historycznemu determinizmowi, to znaczy, że w pełni odpowiadają za swoje czyny — w tym swoje winy.)

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 License